Rejs Amazonką z Manaus do Santarém

Statek to zwyczajny środek transportu w Amazonii, tak jak u nas autobus czy pociąg. Wyprawa na północ Brazylii nie byłaby kompletna bez rejsu statkiem. W naszym przypadku w dół rzeki, z Manaus do Santarém.

Boso przez statek

Do rejsu po Amazonce zainspirował mnie program Wojciecha Cejrowskiego “Boso przez świat”. Od momentu, gdy zobaczyłam kolorowe hamaki na pokładzie, zapragnęłam też przeżyć taką przygodę. Bo wydawało mi się, że to musi być coś wyjątkowego. Teraz wiem, że tylko turyści dostrzegają magię w takiej podróży. Dla mieszkańców Amazonii nie ma w tym nic niezwykłego. Ot, normalny sposób podróżowania na krótkich i długich dystansach.

Statki pływające po amazońskich rzekach są przeróżne. Motorówki, kutry, łajby z silnikiem, które wyglądają na mocno niestabilne, luksusowe łodzie oraz promy. Zdarzają się nawet ogromne statki wycieczkowe. Czytałam, że ze względów bezpieczeństwa należy wybrać możliwie największy statek, oczywiście pomijając wycieczkowce, bo to zupełnie inna podróż i sposób rezerwacji. Chcieliśmy po prostu bezpiecznie dostać się z Manaus do Alter do Chão, czyli pokonać 600 km ze stolicy stanu Amazonas do miasta Santarém w sąsiednim stanie Pará.

Bilet na statek

Kupujemy bilet

O ile bilety na samolot miałam już kupione przed wyjazdem z Polski, to biletów na statek nie dało się kupić przez internet. W ogóle informacje na temat rejsów były dość skąpe. Nie ma wyszukiwarki rzecznych podróży, cen ani nazw jednostek pływających na poszczególnych trasach. Szczątkowe informacje jakie znalazłam, dawały pewne wyobrażenie o tej podróży, ale i tak szczegóły można było poznać dopiero na miejscu.

Bilety na amazońskie trasy kupuje się w porcie lub w jego pobliżu. Kierując się europejskim schematem, poszliśmy prosto do kasy w porcie, aby kupić bilety na statek odpływający za dwa dni z Manaus. W kasie dowiedzieliśmy się, że interesującego nas dnia odpływa prom Ana Beatriz V, co było świetną wiadomością, bo prom – jako duży statek – zapewnia większe bezpieczeństwo. W kasie płaci się tylko gotówką, a cena kajuty na tym statku i na tej trasie wynosiła 600 reali. Kajuta pomieści maksymalnie 3 osoby. Cena za miejsce na hamak to 185 reali.

Dopiero potem zorientowałam się, że kasa nie jest jedynym miejscem, gdzie można kupić bilet. W porcie w Manaus stoją przy swoich stoiskach liczni pośrednicy i oni również sprzedają bilety. Teraz myślę, że wolałabym kupić u nich, bo można było obejrzeć zdjęcia statków i wdać się w konwersację, nieograniczoną przez kasową szybę. Dla pasażerów last minute pozostaje opcja zakupu biletu bezpośrednio na statku. Często korzystają z niej osoby wsiadające w portach po drodze.

Port w Manaus, Balsa Amarela

Wsiadamy na statek

Na naszych biletach było napisane, że odpływamy o 10.00 rano. Radzono nam, żeby przyjść na statek już ok. 8.00 i wybrać sobie kajutę – tak też zrobiliśmy. Uber z pousady przywiózł nas do portu – tutaj ważna uwaga: przy kupnie biletu trzeba zapytać, skąd dokładnie odpływa statek. Nam pani w kasie sama powiedziała, że nasz prom odpływa z nabrzeża Balsa Amarela, czyli z innego miejsca niż główne wejście do portu. Na mapach Google te nabrzeża są oznaczone, więc Uber czy taksówka trafi. Wystarczy tylko powiedzieć kierowcy, dokąd jechać.

Z ulicy trzeba zejść po schodkach na nabrzeże. Na podróżnych czatuje mnóstwo tragarzy (carregadores), którzy wnoszą co cięższe towary na statek. Idąc dalej, mijamy budki z jedzeniem – od przekąsek po pełne obiady. Ponieważ wyjechaliśmy z pousady prosto po śniadaniu, to kupiliśmy zaledwie kilka przekąsek na drogę – jakieś ciastka, coxinhe i inne pastele. 

Punktualnie o 8.00 przybił do nabrzeża nasz prom, Ana Beatriz V i pasażerowie zaczęli wchodzić na pokład. Większość wykupiła miejsce na hamaki, więc po sprawdzeniu biletów dostawali opaski na nadgarstek i wchodzili na jeden z 3 poziomów statku, szukając miejsca, gdzie zawiesić hamak. Nas wpisano do zeszytu, przydzielając nam kajutę nr 3 i pani z załogi zaraz nas tam zaprowadziła. Kajuta była mała i bez żadnych wygód, ale miała 3 rzeczy, za które warto było dopłacić: lodówkę, klimatyzację oraz prywatną łazienkę. Nie było za to ręczników. 

Takie wygody czekają w kajucie

O której wypływamy?

Minęła 10.00 i wciąż nie zanosiło się na to, że będziemy wkrótce wypływać z portu. W najlepsze trwał załadunek towarów (samochody, lodówki, pralki, jakieś wielkie pakunki wnoszone w pocie czoła przez carregadores). W knajpach obok statku siedzieli pasażerowie (wszyscy mieli opaski, stąd wiem) i niespiesznie pili piwko. Dowiedzieliśmy się, że statek wypłynie o 12.00. No cóż, taka brazylijska punktualność. Poszliśmy zatem na targowisko przy porcie, aby kupić pamiątki. Jeśli będziecie w Manaus i zechcecie kupić prezenty, to jest najlepsze miejsce – szkoda, że odkryliśmy dopiero teraz.

Bliżej 12.00 już nieco zgłodnieliśmy. Pracownicy portowych knajp świetnie wiedzieli, że to dobry moment, żeby proponować pasażerom obiady. Stawali przy burcie statku i wykrzykiwali, co mają w ofercie. Po złożeniu zamówienia, pędzili do swoich knajp i po chwili wracali z pudełkami, które podawali na statek, odbierając zapłatę w gotówce. My też zamówiliśmy w ten sposób jedzenie – cena: 10 reali za obiad – i musieliśmy prawie odbierać pakunek w locie, bo statek właśnie ruszał. 

Czas na statku płynie leniwie

Pierwszą atrakcją zaraz po wypłynięciu było Spotkanie Wód. Znowu znaleźliśmy się w tym niezwykłym miejscu, aby tym razem podziwiać je z pokładu statku. Wielu pasażerów wyległo na pokład, aby to zobaczyć. Wyglądało jednak na to, że sporo osób już tę atrakcję widziało już wiele razy albo nie było tym zainteresowanych, bo wylegiwali się albo drzemali w swoich hamakach, ignorując Encontro das Águas. Na statku był bar, serwujący napoje i przekąski oraz stołówka, gdzie trzy razy dziennie wydawano posiłki. Pierwszego dnia po wypłynięciu z Manaus w planie była tylko kolacja, kolejnego dnia: śniadanie i obiad. Ceny posiłków bardzo konkurencyjne: śniadanie po 5 reali, obiad i kolacja za 20. Smakowało nam, a i porcje były całkiem spore.

Prom płynął z zawrotną prędkością ok. 20 km/h. Pasażerowie spędzali czas w hamakach lub przy barierkach na pokładzie, zawierając znajomości, często przy butelce zabranej na pokład cachaçy lub puszce piwa. Po drodze mijaliśmy rozrzucone na brzegach domki. Zastanawia mnie, jak ci ludzie żyją – wszędzie daleko, do sklepu czy do lekarza. Poznani na statku lokalsi mówili, że te rzeczne społeczności funkcjonują tak, jak przed wiekami – żyją zgodnie z rytmem przyrody. Z boku może się to wydawać sielskie, ale pewnie na co dzień wcale takie nie jest.

Zawijaliśmy do kilku portów po drodze. Port to jednak za duże słowo na pokryte czerwoną ziemią nabrzeża, z minimalną infrastrukturą. Nasz prom zabierał na pokład wielkie ciężarówki, które wjeżdżały po drewnianych deskach. Nie wiem jak to się udawało, ale załadowaliśmy wszystko, co było do zabrania. Jednym z portów było Parintins, a więc słynne miejsce czerwcowego festiwalu. Z pokładu promu wyglądało bardzo niepozornie, ale mogę sobie wyobrazić, jak to miejsce ożywa w czerwcu.

Kartka na obiad

Dopływamy!

Po ponad 30 godzinach rejsu wszyscy już wyczekiwali portu docelowego, Santarém. Wielu pasażerów wyległo na pokład widokowy w przedniej części statku. Przez wiele godzin płynęliśmy przepotężną rzeką, a często drugi brzeg ledwo majaczył na horyzoncie. Teraz zapadła już ciemna noc, przed nami było rozświetlone nabrzeże Santarém. Ze statku wyglądało na bardzo przyjemne, czyste i zadbane. Fajne miejsce do spacerów nad brzegiem rzeki, o ile oczywiście ktoś planuje zostać w Santarém. My po zejściu ze statku chcieliśmy od razu jechać do oddalonego od 30 km Alter do Chão.

W porcie w Santarém stał wielki wycieczkowiec, jeden z takich, które oferują rejsy po Karaibach czy Morzu Śródziemnym. Przy tym kolosie nawet nasz prom wydawał się małą łupinką. Z wycieczkowca wylegli japońscy turyści i zaczęli robić zdjęcia pasażerom promu, zwłaszcza, że wielu z nich taszczyło lodówki, pralki i inne pakunki. My w zamian fotografowaliśmy wycieczkowiec, bo takie kolosy rzadko się widuje na Amazonce. 

Po zejściu ze statku trafiliśmy zapytaliśmy pierwszego taksówkarza o cenę do Alter. Wynosiła ona 100 reali. Wcześniej na statku słyszałam, że taksówkarze mogą nawet żądać 200 reali i wtedy należy stargować do 150. Zatem 100 reali wydało mi się bardzo dobrą ceną za ponad 30 km. Późnym wieczorem dotarliśmy do naszej pousady w Alter.

Zachód słońca na Amazonce

Informacje praktyczne

Gdzie kupić bilety: w kasie w porcie lub u pośredników, również w porcie.

Jakie są klasy podróży: większość pasażerów podróżuje w hamakach (cena za miejsce to 185 reali na promie na trasie Manaus – Santarém), są też dostępne kajuty w cenie 600 reali. W kajucie jest jedno podwójne plus jedno pojedynczne łóżko (piętrowe). Jest też pościel, lodówka, klimatyzacja i prywatna łazienka. Jeśli ktoś śpi w hamaku , korzysta ze wspólnej łazienki (oddzielne dla kobiet i mężczyzn, są też prysznice), na pokładzie są krany, gdzie można umyć ręce lub przeprać drobne rzeczy. Woda pitna na statku jest dostępna bezpłatnie – w kilku miejscach stoją dystrybutory. Piłam wielokrotnie i nic mi nie zaszkodziło.

Jedzenie: wchodząc na statek dobrze kupić jakieś pastele i przekąski, jednak w porcie można zaopatrzyć się w normalny obiad od mobilnych sprzedawców, nie schodząc z pokładu (cena ok. 10 reali). Statek wydaje 3 posiłki dziennie w niewygórowanych cenach, bardzo smaczne. W barze można kupić piwo, colę, chipsy, tosty.

Film z rejsu

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *